Wojna przeciw społeczeństwu

Wojna to nie tylko działania militarne. Oprócz operacji wojennych – w których zabija się, niszczy i gwałci w imię cywilizacji, narodu, urażonego honoru czy bogactwa – doświadczamy wojen mniej widowiskowych, które po cichu i powoli zmieniają nasze codzienne życie. To wojny prowadzone innymi środkami: polityk ekonomicznych i symbolicznych. To maszynerie wojenne władzy, stare jak świat, choć zmieniające się z duchem czasów, które służą temu, aby nas wyzyskiwać, kontrolować a przede wszystkim: podzielić. Ich działanie nie jest skierowane na zewnętrznego wroga, ale do wewnątrz społeczeństwa, czyli na nas wszystkie_kich. Ich zadaniem nie jest totalne zniszczenie, ale takie osłabienie naszej solidarności i zdolności działania, abyśmy stały_li się uległe_li i podatne_ni na kontrole, a zarazem produktywne_ni dla „naszych” zarządców. Kadry obsługujące te maszynerie rzadko noszą mundury, częściej eleganckie garnitury, garsonki oraz togi prawnicze. 

Na celowniku nie jest wyimaginowana i wykluczająca wspólnota, jaką jest naród, który stanowi element działań wojennych, pod ostrzałem jest to, co chciały_libyśmy nazwać społeczeństwem, w pozytywnym tego słowa znaczeniu, czyli dobro wspólne. Maszynerie władzy niszczą więzi społeczne oparte na współpracy, podważają wspólną troskę o siebie i nasze środowisko, różnice wykorzystują do szczucia jednych przeciwko drugim, sprawiedliwością nazywają prawo silniejszej_ego, dbają o militarne i polityczne bezpieczeństwo elit, a nie o nasze bezpieczeństwo socjalne. Ograniczają wreszcie naszą możliwość tworzenia własnej przyszłości.

Wewnętrzna wojna to rzeczywistość gospodarcza, w której rządzi bóstwo stabilnego pieniądza i wyrocznie wolnego rynku. Kapłani i kapłanki neoliberalizmu wmawiają nam, że to naturalny i konieczny stan rzeczy, ale widzimy przecież, że to jest świat, który stoi na głowie: gospodarka nie służy naszym potrzebom, to my służymy abstrakcyjnej maszynie rynkowej. Jednym z najbardziej zniewalających sposobów takiej wewnętrznej militaryzacji społeczeństwa jest wszechobecna konkurencyjność. Narzuca nam się model życia rodem z idiotycznego teleturnieju: najpierw koszaruje się nas w „zespołach”, z którymi musimy się na siłę utożsamić, a potem mamy konkurować ze sobą jako kontynenty i narody, jako miasta i gminy, jako firmy i organizacje, jako poszczególne grupy zawodowe, etniczne czy rodziny, a przede wszystkim: jako jednostki. Mamy walczyć do utraty tchu o klienta, albo łaskawego inwestora, o wyrobienie normy w fabryce czy biurze, o skąpe granty, o najtańszą ofertę, o pozytywny wizerunek, o miejsca pracy, o pozycję w kolejnym absurdalnym rankingu. Musimy być elastyczne_ni i efektywne_ni: każą nam ciąć koszty naszej pracy, którą „oferujemy” zatrudnicielkom_lom – naszym dobrotliwym „chlebodawcom”.

Efektem tej szalonej karuzeli jest wyczerpanie i samotność. Nikt z nas nie chce takiego życia, ale poprzez wolnorynkowe operacje wojenne, które wypatroszyły państwo z jego socjalnych funkcji (albo nie pozwalają nawet ich stworzyć), jesteśmy do tego zmuszone_ni. Kiedy podstawowe dobra niezbędne do życia – jedzenie, mieszkanie, opieka medyczna, opieka dla dzieci i osób starszych – są płatne lub bardzo ograniczane, nie pozostaje nam nic innego jak dołączyć do gry, uzależniając się tym samym od pracodawców i banków. Praca ponad miarę i siły – zarówno ta najemna (szczególnie, gdy jest niskopłatna, niepewna, wykonywana daleko od miejsca zamieszkania) jak i ta w domu: opiekuńcza, darmowa, wykonywana zwykle przez kobiety – osłabia i dzieli nas jeszcze bardziej. Mimo fałszywych obietnic o przyszłym dobrobycie, który miały_elibyśmy osiągnąć dzięki magii wzrostu gospodarczego, bardziej sprawiedliwe i demokratyczne społeczeństwo staje się coraz bardziej odległe. Pętla będzie się zaciskać dalej, dopóki nie postawimy wspólnie oporu tym niszczycielskim procesom, nie zaczniemy odbudowywać więzi społecznych opartych na współpracy i solidarności, na wzajemnym szacunku i równości, oraz na trosce o innych i o środowisko.