Ministerstwo Wojny Demograficznej: o konserwatywnej polityce socjalnej

W listopadzie ubiegłego roku, wraz z przejęciem rządu przez nową ekipę, dokonała się drobna, ale znaczącą zmiana. Ministerstwo Pracy i Polityki Socjalnej zostało przemianowane na Ministerstwo Rodziny, Pracy i Polityki Socjalnej. Oczywiście, rodzina od zawsze znajdowała się w obszarze zainteresowania polityki socjalnej (czy słusznie, to inna sprawa), tym razem jednak zainteresowanie ministerstwa życiem rodzinnym obywatelek_li zostało wyeksponowane i umieszczone na pierwszym miejscu. Co zatem oznacza ten dość szczególny termin „ministerstwo rodziny” i o jaką „rodzinę” tutaj chodzi?

Gospodarka kapitalistyczne rozdziela wspólnie wytworzone bogactwo w sposób wyjątkowo niesymetryczny, wpędzając dużą część społeczeństwa w sytuację ekonomicznej niepewności. Bez interwencji czynników pozarynkowych – od działalności związków zawodowych po politykę socjalną państwa – sytuacja ta może doprowadzić do pojawienia się masowego ubóstwa, nawet w krajach wysoko rozwiniętych. Jednak sama konieczność istnienia polityki socjalnej nie określa jeszcze jej charakteru – dlatego tak istotne jest to, jak się ją realizuje. Wbrew potocznemu przekonaniu, że istnieje jakiś jeden model państwa dobrobytu, który można przeciwstawić modelowi państwa promującego całkowicie wolny rynek, politykę socjalną można prowadzić na różne sposoby i wykorzystywać do różnych celów. Jednym z nich jest uznanie i ochrona praw socjalnych wszystkich obywatelek i obywateli, niezależnie od wieku, płci, orientacji seksualnej czy stanu cywilnego – dokładnie tak samo, jak chroni się ich prawo do wolności słowa czy nietykalności cielesnej – innym jest wykorzystywanie polityki socjalnej dla zarządzania społeczeństwem i egzekwowania od ludzi określonego postępowania.

Ze względu na stałe, generowane przez gospodarkę kapitalistyczną zagrożenie ubóstwem, polityka socjalna może być potężnym narzędziem nacisku na dużą część społeczeństwa. Taka forma polityki socjalnej znana jest jako „paternalizm” i bywa wykorzystywana zarówno przez państwa jak i osoby prywatne do narzucania ludziom określonego sposobu życia. Np. Henry Ford wymagał od swoich robotników, imigrantów z Europy Wschodniej, zmiany wyznania na protestanckie (które uważał za lepsze), grożąc pozbawieniem wprowadzonych w jego fabrykach dodatków socjalnych.

Ministerstwo Rodziny nie ukrywa, że prowadzona przez nie polityka ma przynieść konkretny rezultat: zwiększenie ilości dzieci rodzących się w Polsce. Temu celowi ma służyć sztandarowy program socjalny rządu: Rodzina 500 Plus, przywidujący wsparcie wysokości pięciuset złotych na drugie i każde kolejne dziecko. W opinii wielu liberalnych krytyków mamy tu do czynienia z „rozdawnictwem pieniędzy”, bez żadnej kontroli nad tym, na co będą one wydawane. W rzeczywistości jednak program Rodzina 500 Plus jest czymś zupełnie odwrotnym – starannie zaplanowanym przedsięwzięciem z zakresu inżynierii społecznej, mającym wpłynąć na decyzje życiowe obywatelek_li w określony sposób. Oczywiście, program Rodzina 500 Plus zachowuje charakter pomocy socjalnej, która trafi do, relatywnie bardziej zagrożonych ubóstwem, rodzin wielodzietnych. Lecz to, jak przyznaje Ministra Rodziny Elżbieta Rafalska, jest zaledwie efektem ubocznym. Zgodnie z klasyczną zasadą konserwatystów, że „dzieci potencjalne” są ważniejsze niż dzieci już narodzone, głównym celem programu ma być zmienienie postępowania kobiet bezdzietnych lub tych, które mają tylko jedno dziecko. To właśnie do nich skierowany jest ten program. Rodzina 500 Plus ma je zachęcać do posiadania większej ilości potomstwa. Z punku widzenia demografii, dla zachowania stałej wielkości populacji potrzebne jest przeciętnie dwoje dzieci na kobietę. Żeby populacja rosła, średnia musi być większa. Dlatego właśnie Program Rodzina 500 Plus ogranicza wsparcie dla kobiet z jednym dzieckiem: nie przyczyniają się one do osiągnięcia zamierzonego przez rząd celu demograficznego. Udzielając, niejednokrotnie potrzebnego i zasłużonego wsparcia, program Rodzina 500 Plus włącza prywatne decyzje o posiadaniu lub nieposiadaniu dzieci w obszar kalkulacji i interwencji rządu oraz dąży do kształtowania ich zgodnie z zamierzeniami władzy.

Dlaczego jednak przyrost demograficzny ma być tak ważny? Głównym argumentem na rzecz zwiększania dzietności, w i tak przeludnionym świecie, jest wojna. Rzekomo jesteśmy w stanie „wojny demograficznej” z „innymi rasami”, które zagrażają „cywilizacji łacińskiej” i „narodowi polskiemu”. Nie możemy dopuścić by „ich” było więcej niż „nas”, gdyż inaczej „oni” nas „zaleją” a „nam” grozi „wymarcie”. Tego typu uzasadnień nie znajdziemy w oficjalnych dokumentach rządowych, które uznają potrzebę promocji wzrostu demograficznego za oczywistość, lecz regularnie pojawia się ona w tekstach publicystycznych na temat współczesnego świata. Społeczeństwa i narody są tutaj traktowane niczym gatunki naturalne, które nie mogą się ze sobą łączyć, a tylko walczyć.

O ile władza liberalna stara się znieść wszelkie formy pomocy socjalnej (co również jest metodą kierowania ludźmi, gdyż stała niepewność losu ma skłaniać nas do większej uległości wobec pracodawców) to władza konserwatywna wykorzystuje politykę socjalną do realizacji swoich celów wojennych. Wykorzystując trudną sytuację ekonomiczną, stara się zwerbować kobiety do walki przeciwko „innym”, jednocześnie redukując ich udział w życiu społecznym do jednej roli: rodzenia dzieci. Liberalnej i konserwatywnej polityce ruch feministyczny przeciwstawia rozwiązania osadzone w koncepcji dobra wspólnego i uniwersalnych praw socjalnych. Opierają się one na szacunku dla indywidualnej autonomii jak również zabezpieczeniu materialnych warunków niezbędnych, żeby tę autonomię móc realizować. W naszym przekonaniu zabezpieczenie potrzeb socjalnych nie może stanowić zagrożenia dla osobistej wolności, lecz przeciwnie: powinno być traktowane jako jej nieodzowny warunek.